micawber napisał(a):Nie wiem co myśleć o Jumpin' Jack Flash, jest to moja najukochańsza piosenka i uwielbiam wersję studyjną, ale na koncertach też brzmi fajnie tylko za bardzo odbiega od oryginału.
Znowu kwestia gustu, ale uważam, że wersja z singla jest nie do powtórzenia: zwarta, surowa, zadziorna, z potężną dawką energii. Najlepiej (moim skromnym...) brzmi grana w podstawowym składzie, czyli wokal, dwie gitary, bas i perka. Te wszystkie blaszaki i chórki sprawiają, że robi się z tego mini teatrzyk rockowy. JJF to punk lat 60-tych, a kto słyszał, żeby punkowcy bawili się w rozbudowane aranżacje?

Heartbreaker, świetny post. Nigdy nie myślałem o Stonesach jako "okazjonalnych" rockmanach, tymczasem na ich albumach faktycznie to słychać!
Heartbreaker napisał(a):Jedno jednak jest dla mnie pewne - płyty studyjne są trudniejsze w odbiorze. Znaczy lepsze

Tak się czasem zastanawiam, jak faktycznie odbierano kolejne płyty Stonesów w chwili ich wypuszczania na rynek. Dzisiaj mówimy lub piszemy o
Beggars,
Sticky Fingers czy
Exile głównie w superlatywach, tymczasem w '68, 71' i '72 mogły być dla publiki ciężkim orzechem do zgryzienia. Wydaje mi się, że każda nowa płyta stanowi wyzwanie nie tylko dla artysty ale również dla fanów, więc w pewnym sensie początki zawsze są najtrudniejsze. Słuchając/Nagrywając płyty, człowiek oswaja się nowym materiałem, a na koncercie zaczyna doń przekonywać.
Say now baby, I'm the rank outsider, you can be my partner in crime...