1972 Exile On Main St

Oficjalne wydawnictwa The Rolling Stones.

Re: 1972 Exile On Main St

Postprzez Jarski » Pt maja 11, 2012 11:15 pm



;)

Poniżej znajdziecie moją recenzję "Exile". Miłej lektury i nie zapomnijcie obalić dziś flaszki, bo następna okrągła rocznica dopiero za 10 lat!


Muzyczne Wygnanie, czyli jak to się robi na francuską modłę
– recenzja „Exile on Main Street”

Autor: Jarski

W historii muzyki popularnej niewiele jest albumów, o których napisano już wszystko, a które jak na złość wciąż wymykają się jednoznacznej ocenie. Wydany w maju 1972 r. „Exile on Main Street” – w opinii wielu fanów oraz krytyków muzycznych magnum opus Rolling Stonesów – to bez wątpienia jeden z nich. W tym roku mija dokładnie czterdzieści lat od chwili ukazania się EoMS, płyty odważnej i nowatorskiej, której zawartość mimo upływu czasu nie straciła nic ze swej świeżości i pozostaje inspiracją dla szerokiego kręgu artystów oraz kolejnych pokoleń fanów zespołu czy muzyki rockowej w ogóle.
Jako długoletni fan The Stones jestem świadomy, że trudno będzie mi się zdobyć na obiektywne spojrzenie na ten album. Zaznaczam, że moja opinia o EoMS krystalizowała się przez bardzo długi czas i w zasadzie proces ten nie dobiegł jeszcze końca. Zresztą nie wiem, czy to w ogóle możliwe. Taki już urok tej płyty: w jednej chwili potrafi onieśmielić i zachwycić, by w następnej znużyć, a nawet przerazić.
Poniższa recenzja jest rezultatem dziesiątek (jeśli nie więcej!) odsłuchań „Exile” oraz wnikliwej lektury wypowiedzi poszczególnych członków zespołu, osób bezpośrednio i pośrednio zaangażowanych w powstanie płyty (w tym producenta Jimmy’ego Millera, inżyniera dźwięku Andy’ego Johnsa czy wielkiego przyjaciela Keitha, muzyka country – i nie tylko – Grama Parsonsa), jak również szeregu mniej lub bardziej profesjonalnych opracowań dotyczących albumu, o którym mowa. Wśród najważniejszych pozycji, które pomogły mi wyrobić sobie zdanie na temat EoMS, należy wymienić:

- „The Rolling Stones – Satysfakcja” autorstwa Daniela Wyszogrodzkiego, wydaną przez Iskry (1998);
- „The Rolling Stones” autorstwa byłego basisty zespołu, Billa Wymana, wydaną w Polsce przez Wiedzę i Życie (2003);
- „Według The Rolling Stones” w opracowaniu Dory Loewenstein i Philipa Dodda, wydaną w Polsce przez Prószyńskiego i S-kę (2004);
- „Exile on Main St.” z serii 33 1/3 Billa Janovitza wydaną przez Continuum i dotąd nie przetłumaczoną na język polski (2005).

Nie bez wpływu na mój odbiór EoMS pozostają opinie dziesiątek (często anonimowych) osób, które z wielkim zapałem, a co najważniejsze w profesjonalny i daleki od dogmatyzmu sposób wypowiadają się na temat „Exile” w Internecie. Często są to opinie dalekie od zachwytu, a tym samym bardzo cenne, ponieważ pozwalają spojrzeć na EoMS chłodnym okiem. Takie spojrzenie jest szalenie ważne, gdyż bez niego nie sposób stworzyć w miarę spójnego obrazu tego najbardziej ambitnego i zapewne najtrudniejszego w odbiorze dzieła kapeli, która wielu ludziom kojarzy się wyłącznie z wyświechtanym sloganem „sex, drugs & rock’n’roll”. Kilka lat temu natrafiłem w Sieci na anglojęzyczną stronę poświęconą twórczości Stonesów. Jej autor okazał się przeciwnikiem traktowania „Exile” jako arcydzieła, a niektóre z obecnych na płycie utworów – m. in. „Let It Loose” – bez skrępowania określił mianem gniotów. Jakież było moje zdumienie, gdy wśród komentarzy osób odwiedzających tę stronę internetową znalazły się jawnie wrogie wypowiedzi, w których niechęć do autora łączyła się ze (sporadycznymi, ale jednak) groźbami uszkodzeń ciała i trwałego kalectwa, jeśli nieszczęśnik nie zmieni szybko swojego zdania na temat tego-a-tego utworu.
Zapraszam Was gorąco do lektury mojej recenzji „Exile on Main Street” – albumu, który zmienił oblicze muzyki rozrywkowej, a przy okazji również moje spojrzenie na sztukę, nawet jeśli pisaną przez małe „s”.

***

„Exile on Main St.” to płyta pełna kontrastów. O ile większość albumów Stonesów z lat 70-tych ubiegłego wieku (i później) zawiera stosunkowo jednorodny materiał, EoMS przypomina muzycznego kameleona. Obok siebie stoją utwory rockowe, country, bluesowe covery i numery w stylu gospel. Odsłuchiwanie poszczególnych piosenek przypomina jazdę kolejką górską: przyprawiające o palpitacje serca szaleńcze tempo „Rip This Joint” przechodzi w lekko rozkołysany rytm „Shake Your Hips”; płynące prosto z serca dźwięki soulowego „Let It Loose” zostają brutalnie stłumione potężnym uderzeniem rockowego „All Down the Line”; surowe i ciężkie „Stop Breaking Down” momentalnie odchodzi w niepamięć, zastąpione melancholijnym „Shine a Light”. Światło rozjaśnia mrok, powiew optymizmu zostaje przerwany falą gorzkiej nostalgii, bezradność ustępuje miejsca pewności siebie, a nawet młodzieńczej bucie. Słuchaczowi zaczyna brakować tchu.
„Exile” jest trudną płytą, tak jak trudne okazały się okoliczności jej powstania. Chcąc uniknąć płacenia horrendalnie wysokich podatków, sięgających ponad 90% dochodów, wczesną wiosną 1971 roku Stonesi przenieśli się na południe Francji, blisko granicy z Włochami. Nagrywany z przerwami przez ponad dwa lata album (najwcześniejsze utwory powstały w połowie oraz pod koniec 1969 r., w okresie sesji nagraniowych do wydanego w 1971 r. „Sticky Fingers”) pochłonął nie tylko mnóstwo czasu, ale również energii poszczególnych członków zespołu i osób z ich „świty”, wliczając w to współpracowników oraz członków rodzin. Zbiorowy wysiłek pod komendą producenta Jimmy’ego Millera tym razem nie przyniósł spodziewanych szybkich rezultatów. Prawdę mówiąc, EoMS rodził się w bólach. Poczucie izolacji, niepewność jutra, wewnątrzgrupowe napięcia spowodowane czy to wszelkiego rodzaju używkami, czy rozpaczliwymi próbami przejęcia kontroli nad rozklekotaną zespołową maszyną, wreszcie olbrzymie trudności natury technicznej (wiele utworów zostało nagranych w iście spartańskich warunkach, ale o tym później…) – wszystko to sprawiło, że produkt końcowy, po latach doceniany i stawiany za wzór rockowego rzemiosła, niejednokrotnie wymykał się swym twórcom z rąk. Z perspektywy czasu widać, że „Exile on Main Street” był ostatnią płytą Stonesów, na której Jagger i Richards, pomimo narastających konfliktów natury zawodowej i prywatnej, potrafili odsunąć na bok wszelkie animozje i w pocie czoła przekuwać pozornie proste pomysły w głębokie dzieła, nie oglądając się na modę, opinie wytwórni płytowej lub krytyków. To być może ostatnia płyta rockowych buntowników, dla których prawdziwa wartość muzyki kryje się w jej autentyczności. Tworzenie pozostaje dla nich grą, zgadza się, ale w żadnym bądź razie nie jest to gra pozorów. Sztuka musi oddawać stan ducha artysty, jego łączność ze światem i walkę o rzeczy trudne, lecz ważne; gdyby tego zabrakło, dedykowany amerykańskiej działaczce politycznej, Angeli Davies, utwór „Sweet Black Angel” nie znalazłby się na płycie. Nigdy później Stonesi nie byli tak szczerzy jak tutaj. Kolejne albumy – niejednokrotnie zawierające wspaniałą muzykę – sprawiają wrażenie misternie wykonanych dzieł, którym jednak brakuje tego, co można by nazwać „młodzieńczą dojrzałością”: radość tworzenia ustępuje miejsca coraz chłodniejszej kalkulacji, gdzie to, co tworzy zespół, bardziej odzwierciedla ducha czasów, w których żyją im współcześni, niż ich własne przeżycia, radości i lęki. To gra kunsztowna, ale stopniowo pozbawiana treści; raczej zabawa w sztukę niż poważne traktowanie jej ideologicznej i kulturotwórczej roli. Buntownik ucichł, spokorniał i się ucywilizował. Bunt stał się bublem, pustym sloganem. Przepadł bez śladu.
Z powstaniem każdego muzycznego albumu wiąże się jakaś historia. W przypadku EoMS mamy do czynienia z całą serią zdarzeń, które poprowadziły The Rolling Stones oraz ich świtę od pierwszych sesji nagraniowych w USA i Anglii po ostatnie miksy materiału w Los Angeles i amerykańską trasę koncertową, w czasie której Stonesi udowodnili, że na listach przebojów oraz scenie niewielu może się z nimi równać.
Trudno dokładnie określić, jakie były początki nowego albumu. Według relacji samych zainteresowanych – wokalisty Micka Jaggera i perkusisty Charliego Wattsa – zespół spotykał się na niezobowiązujących jam sessions w należącej do Micka posiadłości Stargroves, gdzie krystalizowały się plany przyszłych sesji nagraniowych i rodziły pomysły na nowe piosenki. Atmosfera muzycznej sielanki z dala od medialnej wrzawy, która w kolejnych dekadach miała stać się udziałem większości związanych z branżą artystów, dała Stonesom chwilę wytchnienia i pozwoliła zapomnieć o traumatycznych wydarzeniach z końca lat 60-tych, w tym tajemniczej śmierci byłego gitarzysty grupy, Briana Jonesa, i fatalnego koncertu w amerykańskim Altamont, będącego symbolicznym końcem hipisowskiej epoki niewinności i braterstwa. Nadchodziły nowe czasy…
Zorganizowana jesienią 1970 roku europejska trasa koncertowa zespołu okazała się finansowym niewypałem, gdyż olbrzymie koszty organizacji tournee pochłonęły spodziewane zyski; w rezultacie Stonesi nic na tej trasie nie zarobili. Z perspektywy czasu widać, że była to poniekąd zapowiedź problemów, jakie miały towarzyszyć grupie przez następne półtora roku, a których pierwszym „bohaterem” stał się ówczesny menedżer zespołu, Allen Klein. Po latach nieustannego nagrywania i koncertowania Stonesi zaczęli patrzeć swoim ludziom na ręce i nie był to miły widok. Wyszło na jaw, że w wyniku jednostronnych kontraktów podpisywanych przez wspólników Kleina ze Stonesami ci ostatni stracili możliwość zarabiania naprawdę dużych pieniędzy, a katalog ich dotychczasowych nagrań w całości znalazł się w rękach pazernego biznesmena.
Mick Jagger postanowił działać. We współpracy z niedawno poznanym doradcą finansowym, księciem Rupertem Loewensteinem, rozpoczął żmudny proces uniezależniania się od Kleina i przedstawicieli firmy Decca, która zajmowała się produkcją i dystrybucją nagrań The Stones od początku ich profesjonalnej kariery. Piętrzące się na tym polu trudności zbiegły się w czasie z ogłoszeniem przez brytyjskie władze nowej polityki wewnętrznej państwa. Wielka Brytania – niegdyś potężne imperium zarządzające rozległymi obszarami lądowymi na kilku kontynentach – okres świetności miało już za sobą. Ciężar rozpadu dawnego mocarstwa spadł na barki jego obecnych obywateli, co znalazło wyraz między innymi w bardzo wysokich podatkach. Niemal z dnia na dzień obywatel Wielkiej Brytanii dowiedział się, że gros jego dochodów posłuży do podtrzymywania przy życiu, a dalszej perspektywie modernizacji kolosa na glinianych nogach, jakim stała się jego dumna ojczyzna. Perspektywa oddawania fiskusowi ponad 90% zarobków zdecydowanie nie przypadła też do gustu Rolling Stonesom. Więcej: ich dalszy pobyt w kraju mógł w tych okolicznościach doprowadzić do finansowej zapaści zespołu, a w konsekwencji nawet jego rozwiązania. W przeciwieństwie do poprzedniej dekady, lata 70-te miały się zapisać w dziejach jako czas powszechnej frustracji spowodowanej podniesieniem społecznej świadomości obywateli przy jednoczesnym drastycznym spadku autorytetu władz, które przestały kształtować obraz społeczeństwa obywatelskiego. Nieudolna polityka kolejnych rządów oraz kulturowe zmiany szalonych lat 60-tych skutecznie osłabiły pozycję starej gwardii. Nadchodziły nowe czasy…
W marcu 1971 roku Stonesi odbyli krótkie, pożegnalne tournee po Wyspach. Miesiąc później muzycy spakowali manatki i specjalnie wyczarterowanym samolotem wyruszyli za granicę. Osiedlając się na Lazurowym Wybrzeżu i dalej na północ, członkowie zespołu oraz ich świta posłuchali rad księcia Ruperta, który zasugerował, by ze względów podatkowych przenieśli się do Francji i tam czekali na dalszy rozwój wypadków.
Centrum dowodzenia zespołu na kolejne miesiące stało się miasteczko Villefranche-sur-Mer położone w niedalekiej odległości od Nicei oraz Cannes. The Rolling Stones – niegrzeczni chłopcy brytyjskiej muzyki popularnej i „największy zespół rockandrollowy na świecie” – byli w tej części Europy zupełnie nieznani. Pozwoliło im to zebrać siły i na spokojnie zastanowić się, jak powinna wyglądać ich przyszłość. Na czas swego pobytu we Francji gitarzysta Keith Richards wynajął utrzymaną w edwardiańskim stylu willę Nellcôte, która stała się miejscem powstawania „Exile on Main Street” i na trwałe zapisała się w historii zespołu.
Po tym, jak zapadła decyzja, by zespół spotykał się i nagrywał nowy album w piwnicy willi Keitha, rozpoczął się dla muzyków okres równie twórczej co burzliwej działalności. Nellcôte szybko przerodziło się w przysłowiową jaskinię występku. Wśród dźwięków powstającej o każdej porze dnia i nocy muzyki miały miejsce niezliczone imprezy suto zakrapiane alkoholem, a nieodłącznym towarzyszem domowników i całego zastępu znajomych, przyjaciół i Bóg wie kogo jeszcze stały się narkotyki, na czele z heroiną. Keith i jego towarzyszka życia, Anita Pallenberg, rychło wpadli w sidła nałogu, z których udało im się uwolnić dopiero wiele lat później.
Sam proces tworzenia nowego materiału też nie należał do łatwych. Podzielona na szereg mniejszych i większych pomieszczeń piwnica od samego początku dawała się wszystkim we znaki. Sesjom nagraniowym towarzyszyły przerwy w dostawie prądu, a wilgoć sprawiała, że instrumenty ciągle się rozstrajały. Dodatkowym czynnikiem utrudniającym pracę zespołu były sprawy prywatne poszczególnych muzyków, w szczególności Micka Jaggera, który w jakiś czas po osiedleniu się grupy we Francji wstąpił w związek małżeński i wiele czasu spędzał ze swoją wybranką w Paryżu. Powodowało to ciągłe spięcia między nim a Keithem, który pragnął mieć zespół przy sobie. Konflikt personalny rychło przeniósł na jakość pracy Stonesów oraz ich głównych pomagierów – Bobby’ego Keysa na saksofonie, Jima Price’a na trąbce i Nicky’ego Hopkinsa na pianinie – a w rezultacie uczynił kolejne sesje nagraniowe prawdziwym wyzwaniem. Na porządku dziennym były nieobecności poszczególnych muzyków i twórcza apatia, skutecznie opóźniające prace nad albumem. Narodzinom EoMS towarzyszyły piski, zgrzyty, przekleństwa i zmęczenie graniczące z szaleństwem. Z drugiej strony w powietrzu czuć było magię. Wyjątkowość miejsca i okoliczności, w jakich przyszło muzykom pracować, znacząco wpłynęły na końcowy rezultat ich wysiłków. Wydany wiosną następnego roku „Exile on Main Street” okazał się dziełem jedynym w swoim rodzaju, odzwierciedlającym ducha czasów oraz frustrację i pragnienia jego twórców, pierwszym i ostatnim dwupłytowym albumem w historii zespołu, który z sezonowej londyńskiej sensacji stał się międzynarodowym głosem pokolenia i najdłużej działającą grupą muzyczną na świecie: ucieleśnieniem ludzkich marzeń o nieśmiertelności. A tę zagwarantować może tylko sztuka.

***

EoMS ukazał się jako dwupłytowy album z osiemnastoma piosenkami. Jego zawartość tworzą utwory utrzymane w stylu rockandrollowym („Rip This Joint”), rockowym („Rocks Off”, „All Down the Line”), bluesowym („Stop Breaking Down”), country (“Sweet Virginia”) i soul (“Let It Loose”, “Shine a Light”) oraz takie, które na pierwszy rzut oka trudno sklasyfikować („Turd on the Run”, „I Just Wanna See His Face”). Właśnie ta różnorodność sprawia, że „Exile” posiada niepowtarzalny charakter, dodatkowo wsparty niespotykanym w dziejach zespołu projektem graficznym okładki, której autorem był amerykański fotograf szwajcarskiego pochodzenia, Robert Frank. Z drugiej strony bogactwo prezentacji oraz struktura albumu czyni z niego dzieło trudne w odbiorze: momentami olśniewające wyrazistością i dynamiką interpretacji, innym razem porażające kompozycyjnym rozgardiaszem.
Rzut oka na okładkę pozwala stwierdzić, że mamy do czynienia z czymś niesztampowym. Widzimy kolaż, na który składają się czarno-białe wizerunki wielu osób: artystów cyrkowych, karłowatych postaci, Indianina i tancerki, mężczyzn we frakach... Wydaje się, że tych ludzi nic nie łączy, a mimo to wyczuwamy, że ich obecność w takim zestawieniu jest nieprzypadkowa. Oto mamy przed sobą grono dziwaków o zagadkowym wyrazie twarzy, postaci odarte z przeciętności, której miejsce zajmuje sztucznie przywołana beztroska, ludzi zdeformowanych fizycznie bądź psychicznie. To karawana cudaków w pełni świadomych swojej odmienności, jednak niezdolnych się jej wyprzeć; bezwzględne oko kamery już ich bowiem zaszufladkowało. W ich postawie pozornie nie znajdziemy niczego alarmującego. Ich życie (a przynajmniej ten jego urywek, który został utrwalony na taśmie) tworzą pozory wewnętrznej równowagi, lecz wystarczy dłuższe spojrzenie na ich twarze, by dostrzec głęboko ukryte poczucie niepewności i wyobcowania. To postaci uwięzione w klatkach cudzych wyobrażeń, pogrążone we mgle własnej, nieokreślonej tęsknoty za czymś, co już dawno ich ominęło i czego nie sposób odzyskać. To ludzie tacy jak my, a równocześnie zupełnie od nas różni.
Treść okładki współgra z wypisanym na niej tytułem albumu oraz idealnie oddaje nastroje ówcześnie panujące w ekipie Stonesów. Angielski Exile on Main Street to przecież Wygnaniec na ul. Głównej – samotnik i banita zmuszony znosić spojrzenia mieszkańców obcego miasta, którego ulice przemierza w stanie niepewności, gdyż nie potrafi powiedzieć, czy obrany przezeń kierunek doprowadzi go na obrzeża, gdzie będzie mógł uchronić się przed oczyma ciekawskich. Bohaterem płyty jest zagubiony i bezradny człowiek znajdujący się w centrum zainteresowania tych, z którymi nie może nawiązać porozumienia, bo ich codzienne problemy znacząco odbiegają od tego, co trapi jego duszę – wykorzeniony i nieokreślony w świecie, który wymaga od niego pełnej samoświadomości. A o tę właśnie najtrudniej.
Jak Stonesi czuli się na obczyźnie? – oto pytanie, które trzeba zadać, by zrozumieć, o co chodzi „z tym całym Exile”. Krótko po ukazaniu się albumu nie brakowało skrajnie krytycznych opinii wobec kierunku, jaki obrał zespół. Wielu ludzi podzielało zdanie, że nowa płyta Stonesów to przydługi zestaw przypadkowo dobranych utworów, dzieło pozbawione wyrazu, miejscami mroczne, mętne i niedopowiedziane, będące totalnym zaprzeczeniem twórczości zespołu z wcześniejszych trzech lat. W sytuacji, gdy na płycie zabrakło wyraźnie przebojowych utworów (i rzeczywiście: nie znajdziemy tu rzeczy, które mogłyby konkurować z takimi hitami jak „Jumpin’ Jack Flash”, „Honky Tonk Women”, „Brown Sugar” czy „Wild Horses”), przeciętny odbiorca muzyki The Stones mógł się czuć rozczarowany. Ba, może nawet oszukany! „Nie tego się spodziewałem…” „Zawiodłam się na was, panowie…”.
No właśnie: klasyczny przykład etykietowania. Nieodłącznym elementem ludzkiej natury jest obiektywizacja odczuć, czyli sprowadzanie wszelkiej działalności ludzkiej do „wspólnego mianownika”. Przyzwyczajeni do określonego modelu, który się sprawdził, wnioskujemy, iż winien on stanowić pewien niezmienny wzorzec, który daje nam bezpieczną przestrzeń myślenia i działania, ale jest to w gruncie rzeczy obszar zamknięty. Wykraczanie poza jego ramy przyjmowane jest z niechęcią, a nawet wrogością, gdyż prowadzi do powstania nowej wartości, której charakter siłą rzeczy odbiega od przyjętej przez nas normy. W rezultacie dochodzi do klasycznego konfliktu starego z nowym, co na gruncie ideologicznych różnic musi wywołać z jednej strony sprzeciw zwolenników ustalonego porządku, a z drugiej gorącą aprobatę entuzjastów nieznanych dotąd idei.
Nagrywając i wydając „Exile on Main St.”, Stonesi doskonale wiedzieli, w co się pakują. Materiał, który znalazł się na ich płytach w okresie od 1968 do 1971 roku włącznie, to bez wątpienia arcydzieła muzyki popularnej. To również – z czego zapewne nie zdawano sobie wówczas sprawy, bo któż jest w stanie przewidzieć, co przyniesie przyszłość? – wysoko postawiona poprzeczka. Przystępując do tworzenia kolejnego longplaya, zespół musiał stawić czoło wypracowanemu wcześniej modelowi. Aby wyjść z tego starcia obronną ręką, należało co najmniej utrzymać dotychczasowy poziom. Obniżenie lotów groziło utratą zaufania fanów, a być może nawet spadkiem wiary we własne możliwości i sens dalszej działalności – pamiętajmy o tym, że na początku lat 70-tych ubiegłego wieku opinia publiczna z chęcią wysłałaby swoich niedawnych (anty)bohaterów na przedwczesną emeryturę. Rozpad zespołu The Beatles wróżył daleko idące zmiany na scenie muzycznej. „Czy Stonesi, The Who, Hendrix, The Doors, Dylan i wielu innych powinno nadal tworzyć? Czy są nam jeszcze potrzebni?”
Postawieni pod ścianą członkowie The Rolling Stones obrali, można by rzec, samobójczą drogę – uczynili zwrot o 180 stopni i stworzyli muzykę, która z pozoru nijak się ma do ich wcześniejszej twórczości. „Exile” to album bezbłędnie łączący w sobie nowatorstwo z tradycją. Zadziorność z uległością. Przekorę młodzieńca z mądrością starca. Całość odbywa się na tyle subtelnie, że niewprawne ucho dopiero z czasem to wychwyci.
Co więc kryje w sobie EoMS? Otwierający płytę drapieżny „Rocks Off” porywa słuchacza już od pierwszego riffu. To opowieść człowieka zagubionego w świecie iluzji, gdzie odrobinę spełnienia może dać tylko pospieszny stosunek seksualny, a niemy krzyk bohatera stanowi rozpaczliwą próbę przeciwstawienia się odartej z uczuć egzystencji.
Następnym utworem, żywo przywodzącym na myśl twórczość Little Richarda, jest „Rip This Joint”. To szalony rocker, muzyczna podróż (lub raczej wyścig) amerykańskimi szosami, ale też bunt, zadyma i walka o ocalenie duszy.
Chwilę ukojenia znajdziemy w hipnotycznym „Shake Your Hips” – jednym z dwóch obecnych na płycie coverów legend czarnoskórej muzyki – piosence Slima Harpo, w której rozkołysany rytm sekcji rytmicznej i stale powtarzany gitarowy riff wprowadzają słuchacza w trans i napełniają każdą komórkę ciała pulsującym drżeniem.
Poczucie zagubienia i niemożność dotarcia do prawdy o świecie doskonale wyraża „Casino Boogie”. W sytuacji, gdy bohater dochodzi do przekonania, że pieniądze i bezustanna zabawa niewiele znaczą, ostatnią deską ratunku jest poddanie się fali goryczy, która (paradoksalnie!) może przynieść oczyszczenie i przywrócić samoświadomość.
Decyzja o wyborze „Tumbling Dice” na pilotującego płytę singla była, jak się wydaje, słuszna. Mamy tu bowiem do czynienia nie tylko z najbardziej „strawnym” utworem z całej osiemnastki, ale też piosenką reprezentatywną dla luźnego klimatu „Exile”. Opowiada ona historię hazardzisty-seksoholika, który bez pamięci oddaje się zgubnemu nałogowi, jak gdyby los człowieka zależał od wyniku karcianej gry. Nasuwają się skojarzenia z poszczególnymi członkami ekipy Stonesów oraz ich (nomen omen) zagrywkami – czy to na samej płycie, gdzie następuje zespolenie artystów z ich dziełem, czy też w prawdziwym życiu – a pamiętajmy, że w tamtym burzliwym okresie muzykom bardzo łatwo było uciec w hazard, narkotyki i przygodny seks.
Na przekór panującym przed chwilą nastrojom zespół zaczyna grać kolejny utwór – „Sweet Virginia” – w którym roztacza przed nami niemal sielankową wizję raju na ziemi. Kalifornijskie słońce i pieszczone delikatnymi powiewami wiatru winnice stają się formą ucieczki od zimowej chandry i pozwalają wynagrodzić nieobecność drugiego człowieka, przy którym lżej jest znosić szarą codzienność.
O ile na pierwszy rzut oka bohaterowi „Torn and Frayed” trudno się pozbierać i stawić czoło słabości do używek, o tyle przykład niezłomności ludzkiego ducha znajdziemy w następującym zaraz potem „Sweet Black Angel”. Aniołem, który w tej piosence dumnie rozpościera skrzydła, jest czarnoskóra, amerykańska działaczka polityczna, Angela Davies. Dedykowany jej utwór to jeden z nielicznych w dziejach The Stones przykładów zaangażowania zespołu w kwestie polityczne, a jednocześnie hołd oddany tym, którzy pomimo fali krytyki oraz nienawiści ze strony pewnych grup społecznych i politycznych potrafili znaleźć w sobie siłę do walki o równość i sprawiedliwość.
Niejako w zgodzie z klimatem wcześniejszego „Sweet Virginia” pozostaje rozpoczynający się cudownie nastrojową partią pianina Nicky’ego Hopkinsa „Loving Cup”. Bohater utworu prawdopodobnie spróbował w życiu wszystkiego, co dostępne człowiekowi. Mimo to ma poczucie dotkliwego braku uczucia, więc obecność ukochanej kobiety i łyk z tytułowego pucharu miłości wydaje się jedynym skutecznym lekarstwem na jego bolączki.
„Happy” to z kolei instrumentalny oraz wokalny popis Keitha Richardsa, wiecznego buntownika, który nie wyobraża sobie spokojnej, uporządkowanej egzystencji w oparciu o sztywno ustalone reguły. Podobnie, jak bohater poprzedniego utworu, jest spragniony miłości, gdyż już dawno temu uświadomił sobie, że tylko ona uczyni go autentycznie szczęśliwym.
Rozbuchany i zawrotny klimat „Turd on the Run” oraz surowy i pełen zgrzytów nastrój „Ventilator Blues” łączą się ze sobą, choć mamy tu do czynienia z piosenkami z dwóch różnych biegunów muzycznej wędrówki. Duchota (w dosłownym i przenośnym znaczeniu) życia na wygnaniu sprawia, że artysta faktycznie zaczyna czuć się jak gnojek: ograniczają go ciasne horyzonty myślowe władz zdeterminowanych zaprowadzić porządek na swoich zasadach i za wszelką cenę oraz nierzadko infantylne i bezmyślne otoczenie przypadkowych osób, które w dobrej zabawie i beztrosce widzą osobliwy sens życia. Odpowiedź na pytanie, dokąd zaprowadzi ich taka postawa, odsuwają na czas nieokreślony, bo przecież czasu mają w bród… Ale czy na pewno?
Na płycie Stonesów z przełomu lat 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku nie mogło zabraknąć odniesień do religii, czego dowód znajdziemy w piosence „I Just Wanna See His Face”, chyba najbardziej zadziwiającym utworze na całej płycie. To niemal plemienny rytuał pełen osobliwych dźwięków, monotonnego śpiewu i wołania o zbawienie, które może zagwarantować jedynie osoba Zbawiciela. Bohater utworu jawi się nam jako niewierny Tomasz, łaknący widoku Jezusa i jego oczyszczającej mocy, a nie tylko do znudzenia powtarzanych pogłosek o jego obecności wśród swoich. Aby umocnić swoją wiarę, potrzebuje namacalnego dowodu, co z kolei pozwoli mu w pełni rozbudzić ukryte w swoim wnętrzu pokłady uczuć.
„Let It Loose” – być może najbardziej subtelna, a równocześnie pełna ożywczej energii ballada Stonesów – stanowi znakomite połączenie muzyki soul i gospel. To głęboko poruszające wyznanie człowieka, który zdaje sobie sprawę, że porwał się w życiu na zbyt wiele. Nie wierzy, że można znaleźć ukojenie w miłości. Czuje się wyobcowany i nie odnajduje oparcia w innych ludziach, dla których pozostaje kimś nieznajomym. Człowiek, który nie jest w stanie się określić, powinien, jego zdaniem, odpuścić i popłynąć z prądem. Zdając się na przypadek, ma bowiem szansę dotrzeć do prawdy o samym sobie.
Z nieco sennego odrętwienia w poszukiwaniu tego, co utracone, wyrywa nas potężne uderzenie gitary, otwierające kolejny utwór : „All Down the Line”. Zespół nie ma tu żadnych oporów i zgodnie z tytułem piosenki sunie po całości, bombardując słuchaczy gradem przeciąganych do granic możliwości dźwięków, w których radość ze wspólnego grania daje muzykom kopa, by wzbić się na jeszcze wyższy poziom. Eksplozja czystej, niczym nieskrępowanej energii pod koniec utworu to najprawdziwszy, muzyczny orgazm. Chyba nie sposób bardziej odlecieć.
Drugim z obecnych na płycie coverów jest napisany przez giganta bluesa z Delty, Roberta Johnsona, „Stop Breaking Down”. Interpretacja Stonesów różni się od oryginału: gitara slide Micka T. oraz harmonijka Micka J. sprawiają, że utwór brzmi bardziej drapieżnie niż wersja Johnsona, a pod sam koniec instrumenty muzyków raczą nas tak przenikliwymi dźwiękami, że zgodnie z ostatnim wersem tekstu jesteśmy bliscy postradania zmysłów.
W twórczości zespołu niezmiennie odnajdujemy elementy „z życia wzięte”. Wiele piosenek odzwierciedla stan ducha Stonesów i opowiada fragmenty ich historii, nierzadko doprawionych emocjonalną mieszanką wspomnień, radości i żalu. „Shine a Light” to rzekomo utwór poświęcony nieżyjącemu Brianowi Jonesowi, opowieść o wraku człowieka złamanego przez życie i opuszczonego przez fałszywych przyjaciół, który stracił poczucie rzeczywistości. (Nie trzeba wiele wysiłku, by w takim nieszczęśniku znaleźć podobieństwa do Keitha Richardsa, zmagającego się w tamtym czasie z uzależnieniem od heroiny oraz zgrają mniej lub bardziej przypadkowych „znajomych”.) Po raz kolejny pomoc może przyjść z góry: jeśli dobry Bóg zechce oświecić zbłąkanego człowieka, wówczas ten zdoła stawić czoło wszelkim przeciwnościom i wyjdzie na prostą.
Album kończy niezwykle gniewny w warstwie tekstowej „Soul Survivor”. Stanowi gorzkie podsumowanie trudów, jakie napotkał na swej drodze bohater utworu, a których źródłem były działania jego apodyktycznego druha. Analogia do relacji łączących Jaggera i Richardsa w czasie ich pobytu we Francji jest aż nazbyt widoczna. Słuchając wersów o wzburzonym morzu, bandzie rzezimieszków i pokładowym buncie, dochodzimy do wniosku, że mitologizacja okoliczności powstania „Exile” służyła wszystkiemu poza oddaniem stanu faktycznego. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w ostatnim utworze z płyty muzycy rozliczają się z pełną wrażeń, ale w gruncie rzeczy potwornie trudną przeszłością, do której nie mają zamiaru wracać. To również symboliczny koniec ich Wygnania. EoMS był ich przepustką do świata, z którym rok wcześniej musieli się pożegnać. Zaczynał się nowy rozdział…

***

Na koniec wypada jeszcze zapytać, co sprawiło, że „Exile” stał się albumem kultowym, mimo iż bezpośrednio po jego wydaniu opinie krytyków były – delikatnie rzecz biorąc – dalekie od optymistycznych?
Odpowiedź jest prosta: EoMS pozostaje aktem wielkiej, artystycznej odwagi – obnażeniem dotąd niepokornej, rockowej duszy bez liczenia się z konsekwencjami – a także zwierciadłem nastrojów, jakie towarzyszyły pięciu angielskim muzykom przebywającym z dala od tego, co uważali za swoje, traktowali jako rzecz daną i niezmienną oraz gwarancję własnej tożsamości. Przymusowe wygnanie przewróciło ich pewność siebie do góry nogami. Zburzyło latami konstruowaną fasadę wolności i niezależności, pod którą tak naprawdę kryło się poczucie alienacji. Nie ulega wątpliwości, że pytanie o to, jakie elementy nadają sens życiu człowieka świadomego przestrzeni, w której funkcjonuje, wielokrotnie pojawiało się w głowach Micka Jaggera, Keitha Richardsa, Micka Taylora, Charliego Wattsa i Billa Wymana. „Exile on Main Street” stanowi dojrzałą i satysfakcjonującą próbę odpowiedzi na nie, nawet jeśli prawda dokonanego odkrycia okazuje się bolesna i nie pozwala o sobie zapomnieć.
Tym, co moim zdaniem czyni EoMS tak wyjątkową płytą, jest przede wszystkim jej szczerość – coś, czego w późniejszej twórczości Stonesów zaczęło brakować. To album, za sprawą którego legendarni artyści, żyjący w na pozór innym świecie niż my, stają się nam bliscy, bo ich radości i troski nie odbiegają od tych, jakie są naszym udziałem. Być może właśnie to sprawia, że niektóre dzieła sztuki (oraz ich twórcy) przemawiają do nas silniej niż inne?
Ostatnio edytowano Cz maja 31, 2012 3:02 pm przez Jarski, łącznie edytowano 1 raz
Say now baby, I'm the rank outsider, you can be my partner in crime...
Avatar użytkownika
Jarski
Stoned
 
Posty: 2697
Dołączył(a): N wrz 13, 2009 4:36 pm
Lokalizacja: Katowice

Re: 1972 Exile On Main St

Postprzez kris » So maja 12, 2012 8:53 am

Super recenzja :) Mogę to skopiować do naszego magazynu ? Dobra robota :D
Jumping Jack Flash
Avatar użytkownika
kris
Stoned
 
Posty: 1189
Dołączył(a): So sie 01, 2009 9:30 am

Re: 1972 Exile On Main St

Postprzez micawber » So maja 12, 2012 5:06 pm

WOW!!! Jarski gratuluje masz talent chłopie. Zaraz włączę EOMS, a dawno jej nie słuchałem. Nie mogę się doczekać kolejnych recenzji Love you Live (przypuszczam, że będzie krytyczna ;) ) no i Emotional Rescue ( od jakiegoś czasu jest to mój ulubiony album).

A jeżeli chodzi o wypicie flaszki, ja dzisiaj zaszaleję i zrobię dowie butle kaszy, jedną dla córki drugą dla mnie i wypije razem z nią przy dźwiękach EOMS
Avatar użytkownika
micawber
Stoned
 
Posty: 851
Dołączył(a): N lip 19, 2009 2:34 pm

Re: 1972 Exile On Main St

Postprzez 2000 man » So maja 12, 2012 9:19 pm

:shock:

Jarski - szacun! Bardzo fajnie napisane. Powinni Cię zatrudnić w Machinie albo Tylko Rocku :)
NO FUN
Avatar użytkownika
2000 man
Moderator
 
Posty: 1826
Dołączył(a): N lip 12, 2009 8:49 pm

Re: 1972 Exile On Main St

Postprzez Jarski » Śr sie 22, 2012 8:45 pm

Niby odgrzewany kotlet, ale... Posłuchajcie sobie fragmentu od 0:43 do 0:49. Tej partii gitary nie ma w żadnej innej wersji "Plundered My Soul", jaką dotąd słyszałem! O co kaman? :shock:

Say now baby, I'm the rank outsider, you can be my partner in crime...
Avatar użytkownika
Jarski
Stoned
 
Posty: 2697
Dołączył(a): N wrz 13, 2009 4:36 pm
Lokalizacja: Katowice

Re: 1972 Exile On Main St

Postprzez kris » Cz sie 23, 2012 8:14 am

Dziwne trzeba będzie coś na ten temat poszukać :!:
Jumping Jack Flash
Avatar użytkownika
kris
Stoned
 
Posty: 1189
Dołączył(a): So sie 01, 2009 9:30 am

Re: 1972 Exile On Main St

Postprzez Heartbreaker » Pt sie 24, 2012 5:36 pm

Mam wrażenie, że słyszałem tą partię u siebie na płycie. Może w innym miejscu? Muszę sprawdzić.

BTW ostatnio jak słuchałem drugiego krążka Exile to wpadłem na inną ciekawostkę.
A mianowicie czy wam też kawałek Good Time Women wydaje się się takim Tumbling Dice zagranym tylko nieco szybciej i chyba w ciut innej tonacji? Takie same riffy, prześcia. Identico.
22.07.2007 - Brno
25.07.2007 - Warszawa
09.09.2017 - Hamburg
08.07.2018 - Warszawa
Avatar użytkownika
Heartbreaker
Moderator
 
Posty: 2090
Dołączył(a): Pt lip 17, 2009 11:37 am
Lokalizacja: Katowice

Re: 1972 Exile On Main St

Postprzez Jarski » So sie 25, 2012 9:31 am

GTW to wcześniejsza wersja "Dice", którą Stonesi nagrali w pierwszej połowie 1970 roku w czasie sesji do Sticky Fingers. Stąd te wszystkie podobieństwa :)
Say now baby, I'm the rank outsider, you can be my partner in crime...
Avatar użytkownika
Jarski
Stoned
 
Posty: 2697
Dołączył(a): N wrz 13, 2009 4:36 pm
Lokalizacja: Katowice

Re: 1972 Exile On Main St

Postprzez kris » So sie 25, 2012 10:44 am

Good Time Woman (Tumbling Dice) było nagrywane w Olympic Studio i w domu Micka w Stargroves między marcem a majem 1970r. Czyli to co Jarski napisał ;)
Jumping Jack Flash
Avatar użytkownika
kris
Stoned
 
Posty: 1189
Dołączył(a): So sie 01, 2009 9:30 am

Re: 1972 Exile On Main St

Postprzez Heartbreaker » N sie 26, 2012 9:36 pm

Ciekawe. W takim razie z jakiej racji ten kawałek znalazł się na Exile?
22.07.2007 - Brno
25.07.2007 - Warszawa
09.09.2017 - Hamburg
08.07.2018 - Warszawa
Avatar użytkownika
Heartbreaker
Moderator
 
Posty: 2090
Dołączył(a): Pt lip 17, 2009 11:37 am
Lokalizacja: Katowice

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Główna dyskografia



Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości

cron